Służy mi naftowa dieta
Przetrwał sześciu premierów i tuzin ministrów skarbu państwa. Jest jedynym prezesem dużej państwowej spółki, który tak długo trwa na swym stanowisku. Paweł Olechnowicz zdradza nam tajniki swej biznesowej długowieczności
Wycena akcji? 0 zł. Prawdopodobieństwo bankructwa? Ponad 50 procent. Rekomendacja dla akcjonariuszy? Sprzedawać! Skutek? Na giełdzie panika - kurs Lotosu leci w dół o niemal jedną piątą. Pamięta pan ten dzień?
Doskonale. To było rok temu, dokładnie 24 listopada, w poniedziałek. Właśnie wtedy ukazał się iście hiobowy raport węgierskiego analityka pracującego dla giganta finansowego, włoskiego Unicredit. Już w weekend miałem sygnały, że coś się święci. Ale tego, co nastąpiło, nie mogłem przewidzieć. W poniedziałek rano miał miejsce atak na firmę. Tak mogę określić charakter węgierskiego raportu. Miał dziwną konstrukcję. Co innego wynikało z załączonych danych finansowych, co innego - ze strony z podsumowaniem, na której zatrzymuje się większość inwestorów. Zresztą o jego marnej wiarygodności świadczy aktualna sytuacja spółki: o bankructwie nie ma mowy, zysk wzrasta (za III kwartał 580mln wobec 224 mln straty w III kwartale 2008 r.), a akcje kosztowały dzisiaj nie 0, ale ponad 28 zł.
Przez kilka godzin dziennikarze daremnie próbowali się dowiedzieć, co się dzieje i czy Lotosowi naprawdę grozi bankructwo. Ale pana komórka milczała. Co pan robił?
Miałem sporo pracy. Publikację raportu z takimi informacjami jednoznacznie oceniłem jako atak na firmę. A Lotos, druga pod względem wielkości rafineria, to jeden z elementów bezpieczeństwa energetycznego kraju. Trzeba było walczyć. Tu nie ma żartów. I nie chodzi tylko o giełdę i inwestorów.
Były konsultacje ze służbami, np. z ABW?
W naszej branży w sferze istotnej dla bezpieczeństwa państwa pewne instytucje muszą wiedzieć, co się dzieje. Zwłaszcza w sytuacji zagrożenia. Nic więcej o tym nie powiem.
W mediach zaistniał pan dopiero po południu. Przekonywał dziennikarzy, że “Lotos jest zdrowy, a raport tendencyjny“...
Kiedy ktoś atakuje, trzeba się bronić. Oczywiście, im jest na to więcej czasu, tym lepiej można się przygotować, obmyślić taktykę, skonsultować z doradcami. Ale wtedy nie można było dłużej zwlekać, mówić: “Proszę zadzwonić jutro“. Gdybyśmy unikali mediów, inwestorzy mogliby pomyśleć, że skoro milczymy, to naprawdę z firmą coś jest nie tak. Ponieważ akcje pikowały, prosiłem prezesa warszawskiej giełdy, by zawiesił notowania.
Nie lepiej napisać komunikat, wysłać do dziennikarzy rzecznika, a samemu w zaciszu gabinetu poczekać, aż sytuacja się uspokoi?
Komunikat prasowy opublikowaliśmy, rzecznik rozmawiał z dziennikarzami. Jednak w sytuacji kryzysowej szef nie może się ukrywać. Ilekroć na wykładach dla studentów czy menedżerów przedstawiam to wydarzenie jako “case study“, zawsze powtarzam: “Nie wybierajcie łatwiejszej drogi, trenujcie odporność na stres“. Bo niezależnie od wielkości firmy zawsze największą odpowiedzialność ponosi ta jedna osoba u góry. Jeśli ktoś nie jest na to gotowy, niech zmieni pracę.
Niektórzy współpracownicy z Lotosu mówią o panu: “bokser“. Walka to pana żywioł.
Bez przesady. Raz, że nie lubię boksu - okładanie się bez powodu to przecież bezsens. Dużo wyżej stawiam szachy. Choć rzadko grywam, fascynują mnie. Bo wiadomo, w biznesie jak w szachach - trzeba planować kilka ruchów naprzód. Zaskakujące, jak wiele osób o tym zapomina. Po drugie, menedżer w typie wojownika, którego strategią jest wszczynanie wojen o wszystko ze wszystkimi, szybko polegnie, a jego firma straci. Taki nie jestem i takich nie zatrudniam. Co innego móc się skutecznie bronić, co innego wyżywać się w walce.
Nie ma pan snów o potędze? O tym, że pod pana przewodem Lotos połyka Orlen? W przeszłości pojawiały się takie scenariusze.
Byłyby to chore rojenia. Jesteśmy konkurentami, ale nie wrogami. Zwłaszcza że obie firmy są kontrolowane przez jednego właściciela -skarb państwa. Na rynku wystarczy miejsca dla Lotosu i Orlenu. A ja chcę, by Lotos nie tyle połykał, ile po prostu się rozwijał.
Walczę z wiecznym rozliczaniem
Czy państwo może być dobrym właścicielem?
Może, i nasza firma jest tego dowodem. Choć to raczej wyjątek niż standard. Bo mamy też mnóstwo złych przykładów, np. stocznie.
Przyczyna?
Fatalny nadzór. To niepojęte, że firma tonie w długach, co dzień zbliża się do upadłości, a jej prezes co miesiąc dostaje 30 tys. zł pensji (choć były kontrolowane przez państwo, stoczni nie obejmowała tzw. kominówka). Jeśli firma ma dobrze działać, wynagrodzenie menedżera musi być pochodną jej wyników. Inny grzech wielu państwowych firm to czystki: co zmiana władzy, to wymiana menedżerów. Ci nowi często nie znają się na branży ani w ogóle na biznesie. Kiedy więc pojawi się ktoś taki w firmie, nie ratuje jej, bo nie wie jak. Co więc robi? Rozlicza poprzedników! Im dłużej, tym lepiej. Zero spojrzenia w przyszłość, tylko drobiazgowa analiza przeszłości -Kowalski spartolił to, Malinowski zawalił tamto, a w ogóle to pogrążył nas Iksiński pięć lat temu. Oglądając telewizję, można odnieść wrażenie, że to niekończące się rozliczanie to nasze narodowe hobby.
Mówi pan o pensjach menedżerów. A przecież to właśnie z Lotosu od paru lat płyną apele do polityków, by znieść ustawę kominową. Bo przez nią np. pan jako prezes zarabia 14 tys. zł brutto miesięcznie, 10 razy mniej niż pana koledzy z prywatnych banków. Jednak nawet liberalna PO pozostaje na te postulaty głucha.
Niestety, ta sprawa to jak sterczący z ziemi niewypał. Wszyscy politycy wiedzą, że jest niebezpieczny i że trzeba go rozbroić. Ale wolą go omijać, żaden nie chce być saperem.
Część wyborców ma satysfakcję. “I bardzo dobrze“ - piszą na forach. "Dostają darmozjady 10 tysięcy miesięcznie i jeszcze im mało...".
Jak nie oszukamy samochodu, wlewając do baku rozcieńczoną benzynę, tak nie można mieć pierwszoligowej kadry zarządzającej, płacąc jej dużo mniej niż konkurencja. A w Lotosie sytuacja jeszcze się pogorszyła. Ostatnie zmiany właścicielskie (przejęcie akcji Lotosu należących wcześniej do Nafty Polskiej przez skarb państwa) sprawiły, że od końca lipca tego roku “kominówka“ obejmuje również zarządy naszych spółek-córek. Albo uda się w końcu zmienić ustawę kominową, albo będziemy musieli znaleźć inne, dopuszczalne prawem rozwiązania, by fachowcy zarabiali rynkowe stawki. Bo jeśli odejdą, stracą firma, właściciel, a w efekcie podatnicy.
Celem tej ustawy nie były oszczędności, ale ukrócenia patologii, kiedy menedżerowie z partyjnego nadania bez oporów drenowali kasy firm państwowych.
Walka z patologią przez "kominówkę" to wylewanie dziecka z kąpielą. Nie ma dwóch identycznych spółek inie powinno być dwóch identycznych systemów wynagradzania. To powoływana przez właściciela rada nadzorcza powinna oceniać wyniki zarządu i decydować o pensjach czy premiach. Tak się dzieje na całym świecie.
Wybieram tych, którzy mają szczęście
Ja pan dobiera współpracowników?
Pytam o dotychczasowe sukcesy. Ale też o problemy i oto, jak sobie z nimi poradzili. Bo z mojego doświadczenia wynika, że menedżer musi mieć szczęście. Dlatego kandydat, który był w tarapatach, ale się z nich wygrzebał, ma u mnie większe szanse niż ten, któremu wszystko szło jak po maśle. Rzecz jasna cenię też pracowitość.
Dyrektor jednej z trójmiejskich stoczni zwykł pracować do południa, a później przebierał się i jeździł konno.
U mnie by tak nie mógł. Nawet Jack Welch, guru zarządzania, choć lubi golfa, gra tylko w weekendy. A i grając, robi interesy. Trzeba ciężko pracować i już. Jeśli ktoś radzi sobie, pracując lekko, to znaczy, że marnuje mnóstwo swego potencjału.
Czy podczas rozmów z najmłodszymi pracownikami Lotosu widzi pan w nich siebie, chłopaka po odlewnictwie, który zaraz po studiach zatrudnia się w elbląskim Zamechu?
To był 1977 r. - całkiem inny świat. Kiedy decydowaliśmy z żoną o wyjeździe do Elbląga, liczyło się, że będzie żłobek dla dziecka i szansa na mieszkanie. By związać koniec z końcem, sprzedawałem warzywa z gospodarstwa rodziców. Co sylwester robiliśmy plany na następny rok. Trzy lata przymierzaliśmy się, by kupić dla mnie garnitur. Zawsze wyskakiwało coś ważniejszego.
Pana sposoby na stres?
Lubię jeździć rowerem po górach. Szybki wjazd na Szyndzielnię (góra w Beskidzie Śląskim) daje w kość tak, że człowiek przestaje przejmować się głupotami.
W przyszłym roku kończy się realizacja programu 10+ (wzrost przerobu ropy naftowej w Gdańsku z 6 do 10,5 mln ton). To projekt wart zawrotne 5 mld zł. Po jego zakończeniu powie pan: "Swoje zrobiłem, odchodzę"?
Nie mam takiego planu. Tam, przy biurku, stoi moja teczka, a w niej z 10 pomysłów, co dalej z Lotosem po realizacji 10+. I nie chodzi tu o skok z 10,5 mln do np. 15 mln ton, ale o nowe projekty wydobywcze i nowe produkty.
A jeśli jakiś kolejny minister skarbu powie: "Panu już dziękujemy"?
Takie jest prawo właściciela, nie jestem przyspawany do swojego fotela. Choć dziś mi w głowie tylko Lotos, po jakimś czasie moja teczka pewnie wypełniłaby się innymi projektami.
Nie ma pan dosyć? W filmach przemysł naftowy to nieodmiennie świat brudnych interesów na styku wielkiego biznesu, polityków i służb specjalnych.
W XIX w. była gorączka złota. Ludzie migrowali w poszukiwaniu kruszcu, zarabiali fortuny, walczyli o złoża. W20. stuleciu wybuchła jeszcze większa gorączka ropy - życiodajnego dla gospodarki surowca. Nie ukrywam, że przez te osiem lat zdążyłem polubić zapach nafty.
Źródło: Gazeta Wyborcza, rozmawiał Michał Chrzan
Serwis internetowy Profil Korporacyjny
